środa, 21 lutego 2018

Perfekcyjnie

-recenzja filmu Great Gatsby

4/10

Gatsby. Lata 20 XX w. Samo centrum amerykańskiego snu. Snu od zera do milionera, od syna farmerów do? O czym marzy Gatsby? Gdy go poznajemy, jest już przecież przy końcu amerykańskiego snu, jest milionerem.
W jednej z pierwszych scen, wraz z narratorem i bohaterem filmu-Nickiem Carraway’em (Tobey Maguire)  oraz innymi przypadkowymi ludźmi z NYC znajdujemy się na imprezie wszechczasów, na której nasze pragnienia zdają się być zaspokajane w momencie narodzin. Biletów nie sprawdzają, alkohol jest, przystawki są, rozrywka jest, piękni ludzie też. Sponsorem, reżyserem i producentem całego wydarzenia zdaje się być Jay Gatsby (Leonardo Dicaprio). Powstrzymać swoją ciekawość przed poznaniem tego samoustawionego boga mogą nieliczni. Dar wglądu w jego oblicze otrzymuje jedynie Nick.  

Baz Luhrmann, reżyser, z powieści F. Scotta Fitzgeralda zrobił historię miłosną, a z Jaya Gatsbyego nieposkromionego romantyka, który zrobi wszystko, wszystko, tylko co?

Romantyk pragnie wszystkiego i to wszystkiego naraz. Nie zadowala go nic co nie byłoby perfekcyjne, podniecają go jedynie idee absolutne i samozadowolenie z tego że jest taki bezkompromisowy. Ze względów technicznych nie znajduje tego czego szuka i ginie śmiercią tragiczną.
Film jest krytyką postawy romantycznej, krytyką mdłą i niekonstruktywną. Po co mówić, że ktoś robi coś źle skoro nie masz pomysłu jak można zrobić to lepiej? W tym przypadku od samego mówienia nie robi się lepiej.
Gatsby jest charakterem z którym łatwo utożsamić się połowicznie. Każdy umysł gdy marzy, marzy utopijnie, o stanie bycia który byłby conajmniej miłosnym połączeniem z energią słoneczną, połączeniem odpornym na wtorek, środę, na to że pada i z oczu ciekną łzy. Każdy umysł doświadcza też nieusatysfakcjonownia ze względu na brak tego o czym marzy, ze względu na to, że wtorek i środa jednak przychodzą i siłą rzeczy trzeba oddać się [formom skończonym]. Tendencje idealizujące nie są ze swej natury i z definicji śmiercionośne. Autodestrukcyjne może być co najwyżej oddawanie się władzy wyobraźni bez wyczucia, więcej i dłużej i mocniej. Jak mówi stara indiańska maksyma „Jak koń zdechł, to trzeba z niego zsiąść” Gatsby zsiąść nie zamierza.
Kupuje, kupuje ciągle więcej, nie może realizować się w świecie uczuciowym, więc realizuje się w świecie materialnym. Czym jest świat materialny? Świat materialny Albert Einstein rozumiał jako niską energię „To co nazywamy materią jest energią, której wibracja została spowolniona, do poziomu odbieranego przez zmysły. Nie ma materii”. Przedmioty są zatem spowolnioną energią, jak wydedukował Einstein, a uczucia, jak każdemu z nas zdarza się doświadczać, energią wysoką.
Wszystkie kroki, które podejmuje Gatsby są niejako w intencji Daisy, jest zafiksowany na jej punkcie. Traktuje ją jak coś co nie podlega zmianie, jakby jej cechy były wyryte w skale. Nie dopuszcz do siebie możliwości, że może nie kochać go absolutnie, że mogła raz kochać kogoś innego. Jakby perfekcja miała być tożsama ze stabilnym szczęściem. Jakby godzenie się na coś mniej niż 100% było ubóstwem wyobraźni, czynieniem z niej niewłaściwego użytku. Ubytki na rynku finansowym okay, ale w miłości y y. O ile może skontrolować i opanować załamania giełdy, a raczej swój stan psychiczny w tym czasie, nie chce być zmuszony do koordynowania siebie podczas wątpień Daisy.
I teraz lecą napisy i film się kończy.
Nie czytałam książki, ale nie wierzę że krytyka przeprowadzona w książce jest równie mało konstruktywna, że aż tak bardzo brakuje jakiegoś alternatywnego bohatera, jakiegoś innego stylu życia. Nick. W filmie jest on jedynie nieciekawym pilnym studentem Yale, biografem i cieniem głównego bohatera. Może chociaż w książce gra jakieś bardziej żywe, mniej perfekcyjne melodie? Żyje wedle mobilności swoich emocji i sił, a nie wedle premedytowanych intencji? Zamiast patrzyć w przyszłość, patrzy przed nogi, inspiracje czerpie z życia a nie z planów, a plany tworzy na bierząco, pogodzony z tym, że świat nie jest absolutną jednią, że nolens wolens, jest tu 32 tys. gatunków ryb i 600 gatunków serów?
Technicznie Wielki Gatsby to majsterszyk, dobry do nauki dla studentów szkół filmowych i dla tych którzy lubią, gdy w filmie „coś się dzieje”.

Agnieszka Flisowska

czwartek, 17 listopada 2016

Perfekcyjnie

Gatsby. Lata 20 XX w. Samo centrum amerykańskiego snu. Snu od zera do milionera, od syna farmerów do? O czym marzy Gatsby? Gdy go poznajemy, jest już przecież przy końcu amerykańskiego snu, jest milionerem.

W jednej z pierwszych scen, wraz z narratorem i bohaterem filmu-Nickiem Carraway’em (Tobey Maguire)  oraz innymi przypadkowymi ludźmi z NYC znajdujemy się na imprezie wszechczasów, na której nasze pragnienia zdają się być zaspokajane w momencie narodzin. Biletów nie sprawdzają, alkohol jest, przystawki są, rozrywka jest, piękni ludzie też. Sponsorem, reżyserem i producentem całego wydarzenia zdaje się być Jay Gatsby (Leonardo Dicaprio). Powstrzymać swoją ciekawość przed poznaniem tego samoustawionego boga mogą nieliczni. Dar wglądu w jego oblicze otrzymuje jedynie Nick.  

Baz Luhrmann, reżyser, z powieści F. Scotta Fitzgeralda zrobił historię miłosną, a z Jaya Gatsbyego nieposkromionego romantyka, który zrobi wszystko, wszystko, tylko co? 


Romantyk pragnie wszystkiego i to wszystkiego naraz. Nie zadowala go nic co nie byłoby perfekcyjne, podniecają go jedynie idee absolutne i samozadowolenie z tego że jest taki bezkompromisowy. Ze względów technicznych nie znajduje tego czego szuka i ginie śmiercią tragiczną.
Film jest krytyką postawy romantycznej, krytyką mdłą i niekonstruktywną. Po co mówić, że ktoś robi coś źle skoro nie masz pomysłu jak można zrobić to lepiej? W tym przypadku od samego mówienia nie robi się lepiej.
Gatsby jest charakterem z którym łatwo utożsamić się połowicznie. Każdy umysł gdy marzy, marzy utopijnie, o stanie bycia który byłby co najmniej miłosnym połączeniem z energią słoneczną, połączeniem odpornym na wtorek, środę, na to że pada i z oczu ciekną łzy. Każdy umysł doświadcza też nieusatysfakcjonowania ze względu na brak tego o czym marzy, ze względu na to, że wtorek i środa jednak przychodzą i siłą rzeczy trzeba oddać się [formom skończonym]. Tendencje idealizujące nie są ze swej natury i z definicji śmiercionośne. Autodestrukcyjne może być co najwyżej oddawanie się władzy wyobraźni bez wyczucia, więcej i dłużej i mocniej. Jak mówi stara indiańska maksyma „Jak koń zdechł, to trzeba z niego zsiąść” Gatsby zsiąść nie zamierza.
Kupuje, kupuje ciągle więcej, nie może realizować się w świecie uczuciowym, więc realizuje się w świecie materialnym. Czym jest świat materialny? Świat materialny Albert Einstein rozumiał jako niską energię „To co nazywamy materią jest energią, której wibracja została spowolniona, do poziomu odbieranego przez zmysły. Nie ma materii”. Przedmioty są zatem spowolnioną energią, jak wydedukował Einstein, a uczucia, jak każdemu z nas zdarza się doświadczać, energią wysoką.
Wszystkie kroki, które podejmuje Gatsby są niejako w intencji Daisy, jest zafiksowany na jej punkcie. Traktuje ją jak coś co nie podlega zmianie, jakby jej cechy były wyryte w skale. Nie dopuszcz do siebie możliwości, że może nie kochać go absolutnie, że mogła raz kochać kogoś innego. Jakby perfekcja miała być tożsama ze stabilnym szczęściem. Jakby godzenie się na coś mniej niż 100% było ubóstwem wyobraźni, czynieniem z niej niewłaściwego użytku. Ubytki na rynku finansowym okay, ale w miłości y y. O ile może skontrolować i opanować załamania giełdy, a raczej swój stan psychiczny w tym czasie, nie chce być zmuszony do koordynowania siebie podczas wątpień Daisy.

I teraz lecą napisy i film się kończy.

Nie czytałam książki, ale nie wierzę że krytyka przeprowadzona w książce jest równie mało konstruktywna, że aż tak bardzo brakuje jakiegoś alternatywnego bohatera, jakiegoś innego stylu życia. Nick. W filmie jest on jedynie nieciekawym pilnym studentem Yale, biografem i cieniem głównego bohatera. Może chociaż w książce gra jakieś bardziej żywe, mniej perfekcyjne melodie? Żyje wedle mobilności swoich emocji i sił, a nie wedle premedytowanych intencji? Zamiast patrzyć w przyszłość, patrzy przed nogi, inspiracje czerpie z życia a nie z planów, a plany tworzy na bierząco, pogodzony z tym, że świat nie jest absolutną jednią, że nolens wolens, jest tu 32 tys. gatunków ryb i 600 gatunków serów?

https://www.youtube.com/watch?v=KYniUCGPGLs&list=LLa4EpHhBcRdMaGX-fDkYZQQ&index=6

piątek, 11 kwietnia 2014

Film o multitaskingu który włącza się podczas siedzenia przed kompem

http://www.fastcocreate.com/3017108/you-need-to-see-this-17-minute-film-set-entirely-on-a-teens-computer-screen




Film opowiada dość sztampową historie nastolatka z którym dziewczyna zrywa przez skype'a. To co mi się w tym filmie spodobało, to nie burzliwe dzieje chłopca, który traci śliczną dziewczynę, a to jak wielozadaniowość, w którą wchodzimy odpalając komputer, spłyca nasze relacje, myśli, emocje i uczucia.
Kamera podąża za wzrokiem głównego bohatera, dzięki temu widz koncentruje się na tym co w danej chwili przykuwa uwagę nastolatka.To co w tym filmie najstraszniejsze to to że oglądamy krok po kroku świadome wybory tego chłopaka, oglądamy jego pomysł na spożytkowanie swojej wolnej woli.


poniedziałek, 6 stycznia 2014

WILK Z WALL STREET (2013)

WILK Z WALL STREET (2013)





Jordan Belfort (Leonardo Dicaprio) po tym jak postanowił pójść na odwyk, zwierzył się przyjacielowi  ze starych, dobrych, rozpustnych wojaży, że życie na trzeźwo jest piekielnie nudne. Oglądałam wilka z wall street na trzeźwo, i nie byłam znudzona. Dlaczego? Tylko dlatego że byłam zwyczanie rozbawiona. Scorsese pokazał że oprócz chciwości, seksu i narkotyków, wall street to przede wszystkim pyszna zabawa. To humor w wielu odsłonach, pod kołderką i bez kołderki, w winie i w sosie cytrynowym (lemon to najsilniejszy narkotyk jaki bierze Jordan i jego przyjaciel Deny). Cięta riposta, parodiowanie, przedrzeźnianie to składniki właściwe każdej wymianie zdań, każdej próbie charakterów, każdej transakcji na wall street. Virginia Woolf w jednej ze swoich książek napisała, że dzieci gdy tylko nauczą posługiwać się dowcipem robią to w sposób wyjątkowo okrutny.  Maklerzy giełdowi dorosnąć nie mogą.
Gdy główny bohater, rozpoczyna realizować swój american dream zbiera bandę półgłówków, i wygłasza im myśl przewodnią  nowo powstającej firmy "sprzedajemy śmieci śmieciom".  Pierwsze śmieci to groszawarte akcje, drugie śmieci to naiwniacy którzy je kupią. Kiepski towar siłą językowej perswazji wsadzany do gardeł klientów. Jak to osiągnąć? Musisz sprzedając czerpać rozkosz z tego, że klient jest głupszy od Ciebie, musisz go stymulować przez słuchawkę polewając mleczną czekoladą, a odkładając słuchawkę musisz czerpać przyjemność z tego obrazka czarnego murzynka Bambo, który będzie dźwigał cegły na Twoją piramidę finansową. Powinieneś robić to tak często i z taką namiętnością, z takim emocjonalnym ładunkiem abyś przypadkiem się nie oblizał, nie podrapał w czoło albo w tyłek, abyś się nie zorientował że także jesteś oblewany lukrem przez swoich przełożonych. 

Oprócz zarabiania pieniędzy możemy jeszcze przyglądać się scenom wydawania pieniędzy. I tak fabuła ocieka perwersyjnymi obrazami orgii- w samolocie, biurze, wieżowcu na wyspach Bahama. Sceny erotyczne są niezwykle pomysłowe, zróżnicowane i niejednokrotnie bardzo zabawne. Na jednej z nich widzimy jedynie nogi kochanków (i słyszymy rozmowę), a dokładniej gołe stopy i szpilki, co konotuje różnice w czasie potrzebnym do zaspokojenia partnerów.

Czego jeszcze mamy dużo w tym filmie? Narkotyków. Są wszędzie, zawsze, trzeba o nie zabiegać .Jordan w jednej ze scen gdy tłumaczy Denemu dlaczego ma iść po kokę, wykrzykuje oczywiste stwierdzenie "nie chcę umierać na trzeźwo" i wedle tej logiki, że śmierć warto przywitać w psychodelicznym transie inne podniosłe wydarzenia również.

Narkotyczno-orgiastyczne sceny są do znudzenia powtarzane w filmie, przewijają się od początku do końca fabuły. Scorsese osiągnął coś bardzo rzadkiego, potrafił zmęczyć materiał nie męcząc widza, a wręcz racząc go dużą dozą rozrywki. Oddał stan pustki w codziennej rutynie maklerów, nie pokazując rutyny.

W jednej z końcowych scen wszyscy pracownicy biura naśladując gest Jordana zaciskają pięść i bijąc się w pierś wydają goryli odłgłos. Człowiek z wall street wg. Scorsesego to trochę taki prehistoryczny homo erectus (jeszcze nie sapiens), tak zajęty zaspokajaniem swoich podstawowych potrzeb (w filmie wszystkie realizują się po prostu na imprezie), że wątpliwość nie zdążyła zmarszczyć mu czoła.

Ocena 8,5/10
za nowatorstwo ujęć
dowcip
to co naokoło fabuły







poniedziałek, 30 grudnia 2013

OH BOY (2012)

OH BOY! (2012)

Utrzymany w melancholijnym nastroju, z jazzową ścieżką dźwiękową, świeżym dowcipem i charyzmatycznym flaunerem w roli głównej.

Nico (Tom Schilling) to dwudziestoparoletni chłopak, który całymi dniami włóczy się po ulicach Berlina. Kamera podążając za uroczym młodzieńcem funduje widzom narracje braku, niespełnienia i niezaangażowania. Nowoczesna stolica Niemiec, rozpościera przed bohaterem cały wachlarz możliwości, ale to co może dać mu uczucie satysfakcji czy entuzjazmu zdaje się nie mieścić w takich pojęciach jak przygoda, dziewczyna czy praca. Między spotkaniami z mniej lub bardziej znanymi mu ludźmi, Nico ma jedną, niewyrafinowaną potrzebę, chce napić się kawy. Ten symbol pobudzenia do życia, jest jakby tłem dla wydarzeń fabularnych. Kawa albo jest za droga, albo automat się zepsuł, albo się skończyła. Nawet gdy Nico podejmie mniej lub bardziej wiążącą decyzje zawsze zjawi się coś lub ktoś kto pokrzyżuje jego plany. I tak jedząc samotnie obiad, spotyka koleżankę z liceum, która po krótkiej rozmowie zaprasza go na swój występ artystyczny. Podczas gdy romans zwiastuje nowy początek, w tym przypadku duchy przeszłości nawiedzają intymne sceny bliskości. Dowiadujemy się że Julika była napiętnowaną przez Nico i jego kolegów dziewczynką z nadwagą. Efekty jej traumy nie dają o sobie zapomnieć w ich spotkaniu po latach.


W kluczowej scenie, spotkania z ojcem, dowiadujemy się czym Nico się zajmował przez ostatnie parę lat. Z ust ojca słyszymy że syn go okłamał, że wcale niczego nie studiuje i że już dawno powinien mu odciąć środki utrzymania. Nico natomiast zapytany czym się zajmował przez ostatnie lata wypowiada drżącym głosem wzruszające (ale nie jego ojca) słowa "myślałem... o mnie... i o Tobie". Tkliwa scena, doprowadza ojca do szału. Przedstawiciel średniego pokolenia, którego młodość naznaczona była piętnem historii nazistowskich Niemiec, nie może odciąć historii własnego dojrzewania jak odcina się kupon konkursowy. W każdej rozmowie głównego bohatera słyszymy zagłuszający jego własny, głos historii.
Oh boy nie jest krytyką bezczynności. W poruszającym stylu unaocznia jak przeszłość uderza w teraźniejszość.  Wszystkie czyny zapisują się na jakiejś wielkiej czasowej matrycy, i reaktywują się w najmniej oczekiwanych momentach.