OH BOY! (2012)
Utrzymany w melancholijnym nastroju, z jazzową ścieżką dźwiękową, świeżym dowcipem i charyzmatycznym flaunerem w roli głównej.
Nico (Tom Schilling) to dwudziestoparoletni chłopak, który całymi dniami włóczy się po ulicach Berlina. Kamera podążając za uroczym młodzieńcem funduje widzom narracje braku, niespełnienia i niezaangażowania. Nowoczesna stolica Niemiec, rozpościera przed bohaterem cały wachlarz możliwości, ale to co może dać mu uczucie satysfakcji czy entuzjazmu zdaje się nie mieścić w takich pojęciach jak przygoda, dziewczyna czy praca. Między spotkaniami z mniej lub bardziej znanymi mu ludźmi, Nico ma jedną, niewyrafinowaną potrzebę, chce napić się kawy. Ten symbol pobudzenia do życia, jest jakby tłem dla wydarzeń fabularnych. Kawa albo jest za droga, albo automat się zepsuł, albo się skończyła. Nawet gdy Nico podejmie mniej lub bardziej wiążącą decyzje zawsze zjawi się coś lub ktoś kto pokrzyżuje jego plany. I tak jedząc samotnie obiad, spotyka koleżankę z liceum, która po krótkiej rozmowie zaprasza go na swój występ artystyczny. Podczas gdy romans zwiastuje nowy początek, w tym przypadku duchy przeszłości nawiedzają intymne sceny bliskości. Dowiadujemy się że Julika była napiętnowaną przez Nico i jego kolegów dziewczynką z nadwagą. Efekty jej traumy nie dają o sobie zapomnieć w ich spotkaniu po latach.W kluczowej scenie, spotkania z ojcem, dowiadujemy się czym Nico się zajmował przez ostatnie parę lat. Z ust ojca słyszymy że syn go okłamał, że wcale niczego nie studiuje i że już dawno powinien mu odciąć środki utrzymania. Nico natomiast zapytany czym się zajmował przez ostatnie lata wypowiada drżącym głosem wzruszające (ale nie jego ojca) słowa "myślałem... o mnie... i o Tobie". Tkliwa scena, doprowadza ojca do szału. Przedstawiciel średniego pokolenia, którego młodość naznaczona była piętnem historii nazistowskich Niemiec, nie może odciąć historii własnego dojrzewania jak odcina się kupon konkursowy. W każdej rozmowie głównego bohatera słyszymy zagłuszający jego własny, głos historii.
Oh boy nie jest krytyką bezczynności. W poruszającym stylu unaocznia jak przeszłość uderza w teraźniejszość. Wszystkie czyny zapisują się na jakiejś wielkiej czasowej matrycy, i reaktywują się w najmniej oczekiwanych momentach.